SZTAMAJZA
Najstarsza w Polsce istniejąca do dziś grupa turystyczno-wokalna, powstała w 1966 roku w środowisku wrocławskich studentów związanych z Akademickim Klubem Turystycznym Wyższej Szkoły Rolniczej we Wrocławiu. Uczestniczka i laureatka pierwszych Giełd Piosenki Turystycznej w Szklarskiej Porębie. Grand Prix za piosenkę „Ojczyzna”w 1968 r., pierwsza nagroda w konkursie na wykonanie piosenki turystycznej na II Giełdzie w 1969 r., a na III Giełdzie w 1970 r. nagroda za całokształt oraz wyróżnienie za piosenkę „Pożegnanie gór”. W skład obecnej grupy wchodzą: Maria Lilka Jaszczyńska-Sobok, Piotr Warcholak, Jerzy Świtoń, Anna Jaszczyńska-Świtoń, Celina Kotuchna-Konieczny, Marian Matulewicz, Marian Rojek, Paweł Rusek, Maciej Siębab, Krystyna Skotowska-Tomkiewicz, Elżbieta Żołnierz, Sonia Szelwicka-Madeja, Mieczysław Szobek, Jan Twardoch, Maciej Sobok. W pierwszym składzie śpiewała też Anna Bieniek i Marian Liżewski. Z grupą związanych było wiele wspaniałych osób ze środowiska wrocławskiego oraz innych środowisk akademickich kraju, których w tak krótkiej notce trudno wymienić, ale pominąć nie sposób: Staszka Wnęka - leśnika z Krakowa, Witka Rostworowskiego - również z Krakowa, Aśki Zaruskiej i Jaśka Dobrzyńskiego z Warszawy - szefów baz turystycznych na trasie wakacyjnej wędrówki Sztamajzy, Ireny Ziembińskiej również z Warszawy, Ewy Zawadzkiej z Trójmiasta, Tolka Midziaka z Jawora - głównego kawalarza Grupy, Mariana Knoblocha - malarza ze Śląska, oraz wrocławian: Tadka Lisa i Michała Kowalczyka - strażników Sztamajzy, Małgosi Szotek-Rojek - uczestniczki historycznej, wakacyjnej wędrówki Sztamajzy, Alicji Pac-Pomarnackiej, Andrzeja Adamskiego, Ani Medyńskiej-Jakubowskiej i Ryśka "Jakuba" Jakubowskiego oraz dr.Jacka Stróżeckiego - adiunkta na Wydziale Melioracji, który wiele energii włożył w odbudowę grupy na Uczelni w latach 70-tych.
O
powstaniu i historii grupy opowiada PIOTR WARCHOLAK, jeden z jej założycieli, autor tekstu do jednego z
największych turystycznych evergreenów – „Pożegnanie gór”.
Powstanie grupy wiąże się ze wznowieniem i kontynuacją działalności Akademickiego Klubu Turystycznego założonego przez Mieczysława Orłowicza w 1906 r. we Lwowie. Wznowienia tego dokonał Jacek Rejman, też lwowiak - pierwszy prezes Koła. Drugim prezesem był Marian Rojek, a trzecim ja. Do tradycji AKT przy Wyższej Szkole Rolniczej we Wrocławiu należało organizowanie dla studentów pierwszych lat wyjazdów integracyjnych w góry, ku uciesze młodzieży i starszych. Jako starszy kolega nakazałem spotkanej na schodach młodzieży, żeby w najbliższą sobotę rano stawili się w turystycznym rynsztunku w umówionym miejscu, najlepiej w towarzystwie gitary lub podobnego sprzętu. Były to lata 60-te, kiedy młodzież jeszcze słuchała starszych, więc zebrał się ich cały autokar. Wśród zdyscyplinowanych pierwszaków było dziewczę o imieniu Lilka, która - jak się później okazało - biegle szarpała struny wspierając je wdzięcznym głosem.
Zarówno wśród starszaków jak i
młodzieży ujawniło się wiele gardeł o ciekawym brzmieniu, którym przypadło do
gustu wspólne zawodzenie. Do jesieni czyniono to regularnie w czwartki w różnych
miejscach nad kanałem Odry, a zimą w klubach akademików WSR.
W latach 60-tych na studentów czyhało mniej pokus niż obecnie, więc dużym
wzięciem cieszyły się rajdy piesze, których było zatrzęsienie, bo każda
uczelnia, a później wydział i rok miały ambicję takowy rajd zorganizować. Przy
ogniskach - bo nie było unijnych dyrektyw o ograniczaniu efektów cieplarnianych
- konkurowały ze sobą na głosy liczne grupy. Działo się to głównie w Sudetach,
bo z Wrocławia tam było najbliżej. Z czasem przyjeżdżały do nas podobne grupy z
innych środowisk akademickich, a my wyjeżdżaliśmy w inne góry czy nad jeziora,
bo chodziliśmy też po nizinach.
Na rajdach były liczne konkursy, w tym na nowe piosenki. We wrocławskim środowisku panowała dziwna moda, że organizatorzy konkursów wymyślali jakieś przypadkowe słowa, nic z sobą nie mające wspólnego - im bardziej niedorzeczne tym lepiej. Słowa te należało umieścić w tekście i to, co z tego wyszło, było oceniane przez różnej wysokości JURY. Nijak z tego nie można było poskładać tekstu, który miałby jakąś wartość i do tego obrazował walory turystyczne przebytej trasy, albo eksponował wyższe doznania. Było to marnowanie weny twórczej, ale zabawa była czasem niezła. Przypuszczam, że niewiele z tych „dzieł” przetrwało. W innych środowiskach bawiono się inaczej i tam powstałe teksty mają dłuższy żywot. Moje „Pożegnanie gór” powstało jesienią 1969 r. na Rajdzie Bieszczadzkim, zorganizowanym przez SKPB Warszawa. Część z nas kończyła studia i było jasne, że kończy się jakiś ważny etap życia.
W czasie roku akademickiego wrocławianie deptali głównie Sudety. Poza rajdami organizowanymi w trakcie roku akademickiego deptaliśmy też inne góry głównie w trakcie wakacyjnych obozów wędrownych. Na jednym z nich w 1968 roku, kiedy to wdeptywaliśmy Bieszczady i Beskidy zaistniała „Sztamajza”. Było to w miejscowości Rabe w Bieszczadach, gdzie mieliśmy punkt zborny. Sztamajza, był to około metrowej długości hak, służący do zamykania od wewnątrz drewnianej szopy - schronienia dla robotników leśnych, a jednocześnie miejsca naszego pierwszego noclegu. Sztamajza ta służyła nam do powieszenia nad ogniskiem kociołka (KOTLIKA wg Orłowicza), w którym gotowaliśmy posiłki dla całej grupy. Sztamajza stała się naszą żywicielką i jako takiej należała się jej cześć i poważanie. Była noszona w rękawiczkach, z honorami zapożyczonymi z wojska.W nagrodę można Ją było klepnąć od dołu i pocałować w dzióbek. Była codziennie donoszona do ogniska przez tego godnych. Noszenie Sztamajzy było wyróżnieniem. Przewędrowała z nami całą trasę turystyczną i „artystyczną”. Śpiewaliśmy przy wielu ogniskach na trasie, zyskując fanów wśród turystów i ludności miejscowej. Przyszło nam wystąpić w muszli koncertowej na krynickim deptaku, ale rola „stacjonarnych” artystów nie przypadła nam do gustu. Po 2 dniach wróciliśmy do lasu. Sztamajza odwiedziła dwie bazy turystyczne, a na koniec złożyliśmy JĄ z należną czcią w Dunajca wodach 200m poniżej mostu w Krościenku. Aby pamięć o NIEJ nie zaginęła nasza grupa przyjęła JEJ nazwę i pod taką wystąpiliśmy na II Giełdzie Piosenki Turystycznej w Szklarskiej Porębie w „Bazie Pod Ponurą Małpą”, którą prowadziła Krysia Głowińska - członkini naszego Koła AKT. Krysia miała pogodne poczucie humoru i do ponurych nie należała, tak, że wszelkie skojarzenia nazwy Bazy z jej osobą są błędne…
Nasza śpiewająca grupa, jeszcze bez „Sztamajzy” w herbie uczestniczyła już w I Giełdzie Piosenki Turystycznej w Szklarskiej Porębie w 1968 roku, wygrywając Giełdę wykonaniem piosenki „Ojczyzna”. Na I Giełdzie wystąpiliśmy pod nazwą „Moczarki wrocławskie”, gdyż meliorantom dobrze znany był chwast bagienny o nazwie moczarka (łac. Elodea) i jego ekspansywne oddziaływanie na ekosystemy wodne. Sytuacja polityczna w Polsce miała wtedy coś wspólnego z nazwą tej rośliny. Stary partyzant Mietek z Bagien, czyli Moczarów swoim sposobem montował zespół do zastąpienia mocno już zgranej i zużytej grupy „Wiesława”. Nazwa naszej grupy „Moczarki” miała sygnalizować, że studenci wiedzą, co się święci. Grupa praktycznie funkcjonowała już w 1966 roku, tak, że jesteśmy ciągle żywymi świadkami powstania i rozkwitu Giełdy
Na II Giełdzie w 1969 r. męska część Grupy wystąpiła w mundurach wojskowych, oddelegowana przez dowódcę obozu wojskowego w Krośnie Odrzańskim, majora Sanojcę. Była to dla nas nagroda za zorganizowanie w jednostce zespołu artystycznego, który z własnym programem słowno-muzycznym był zapraszany do okolicznych jednostek, a garnizon w Krośnie Odrzańskim był liczącym się w Śląskim Okręgu Wojskowym. Życie artystów wojskowych nie było usłane różami. Komendant kasyna był zazdrosny o nasze sukcesy, gdyż poziomem artystycznym biliśmy na głowę zespół hodowany przez niego przez 2 lata. Robił nam trudności w dostępie do instrumentów i samego kasyna, gdzie było PIWO!
Na II Giełdzie wyśpiewaliśmy główną nagrodę - fajansowego słowika, którą przywieźliśmy naszemu majorowi w dowód naszej wdzięczności za zrozumienie naszych aspiracji artystycznych.
W naszych sukcesach jako
artystów wojskowych wspierały nas nasze dziewczyny, które w tym celu przyjechały
do JW. nr…. (do dziś tajny, proszę o nie zakładanie im teczek w IPN).
Na III Giełdzie mój tekst zdobył wyróżnienie i konsekwencje tego faktu ścigają
mnie do dzisiaj.
Sztamajza jako grupa trwa i ma się względnie dobrze. Co roku depczemy wspólnie jakieś góry. Chodzimy niżej i wolniej, ale o własnych siłach. Klamrą spinającą jest Lilka Sobok - dawniej Jaszczyńska ze swoją gitarą. Sprawy organizacyjne przejął Jurek Świtoń mianowany ostatnio Dziadkiem-Dyrektorem.
P.S.
1. Rok 1968 był rokiem pamiętnym (poza marcem) z racji tzw.
bratniej pomocy wojsk Paktu Warszawskiego udzielonej Czechosłowacji. Z Trzech
Koron śledziliśmy ruchy prawdopodobnie naszych wojsk po słowackiej stronie i
zastanawialiśmy się, czy wracać do domu, gdzie być może czekają już na nas
mundury i bilety do jednostek wojskowych. Otarliśmy się więc o dezercję. W
czasie dwutygodniowej wędrówki nie mieliśmy żadnych kontaktów z mediami i nie
mieliśmy zielonego pojęcia, co się w Polsce i u sąsiadów wyrabia.
2. Czuję się „Ojcem Chrzestnym” Sztamajzy, gdyż to ja „wynalazłem” naszą żywicielkę w trawie otaczającej szopę i pierwszy użyłem tego zwrotu w stosunku do Niej.
Piotr Warcholak, Zielona Góra, marzec 2008r.
O „Sztamajzie” wczoraj i dziś opowiada Lilka Maria Jaszczyńska-Sobok
Wszystko
zaczęło się na Wyższej Szkole Rolniczej, gdzie trafiłam na studia melioracyjne w
1966 roku. Tam poznałam śpiewających meliorantów z wyższych lat: Mariana,
drugiego Mariana, Mietka, Piotra, który pisze teksty, Maćka z zootechniki, Sonię
i Pawła z rolnego oraz wielu innych członków Akademickiego Klubu Turystycznego.
Zaczęliśmy razem wyjeżdżać na rajdy, wędrować po górach i śpiewać… Rok
akademicki trwał od imprezy turystycznej do imprezy.
Ważnym wydarzeniem dla naszej grupy było spotkanie z „Modułami” z Politechniki Warszawskiej, które miało miejsce w Strzesze Akademickiej w Karkonoszach w lutym 1967 roku. Zeszliśmy się wtedy w sali schroniska na wieczornym śpiewaniu. Byliśmy grupą mocno i pewnie śpiewającą na głosy - oni też. Grzeczność wymagała, aby nie zagłuszać się wzajemnie. Gdy my śpiewaliśmy swoje, oni nam wtórowali, natomiast oni śpiewali piosenki zupełnie nam nieznane. To był dla nas szok… Marian Matulewicz pożyczył ich śpiewnik i nocą, do upadłego, oparty o drzwi pokoju przepisywał te nowości. A rano teksty już mieliśmy gotowe i mogliśmy śpiewać razem. Potem trudno było nam się rozstać, zaprzyjaźniliśmy się, już znaliśmy się po imieniu. Lecz życie było brutalne - musieliśmy wracać w doliny, oni jeszcze zostawali. W gorączce pożegnalnego śpiewania i grania pękła Mariowi z „Modułów” struna G w gitarze. Nie mieliśmy żadnych zapasowych strun. Po powrocie do Wrocławia kupiłam strunę i wysłałam do schroniska. Doszła na czas. Marian Matulewicz przed rozstaniem zaprosił całą ich grupę na III Rajd Primaaprilisowy Wyższej Szkoły Rolniczej, na naszą trasę. Oczywiście przyjechali. Potem byliśmy jeszcze razem na Rajdzie Świętokrzyskim. Przy powitaniu w Tumlinie wręczono mi w prezencie od „Modułów” cały nowy komplet strun do gitary. Podczas przemierzania trasy tego rajdu tworzyliśmy razem wspaniałą śpiewającą gromadę.
Nastał 1968 rok i I Giełda Piosenki Turystycznej w Szklarskiej Porębie… Wystąpiliśmy tam jako grupa: „Moczarki Wrocławskie” (wszak był to 1968 rok). Jak sprawdziłam na zdjęciu, z tych sześciu osób zabrakło nam w tym roku na jubileuszu tylko Mariana „Sąsiada”.
Po tamtej Giełdzie pojechaliśmy w sierpniu 68 w grupie 11 osób na uczelniany obóz w Bieszczady i Beskid Niski. Tam znaleziono sztamajzę - metalowy zagięty pręt. Powstał specjalny rytuał poszanowania tej sztamajzy przez kierownictwo baz studenckich, gdzie nocowaliśmy. Sztamajzę klepało się od dołu i całowało w dziubek (oczywiście klęcząc na kolanach).
I tak staliśmy się grupą od sztamajzy i jako „Sztamajza” wystąpiliśmy na II Giełdzie. Z dziewczyn doszły: Anna z mojego roku i Krystyna z prawa. Chłopcy wtedy przyjechali „na urlop” z obozu wojskowego i byli w mundurach. „Ci żołnierze z dziewczynami to najładniej śpiewali” - mówiły po koncercie w parku starsze wczasowiczki.
Tamtego lata na obozie uczelnianym w Bieszczadach wędrowało nas około 40 osób. Byli wśród nas zaprzyjaźnieni wcześniej ludzie ze środowisk studenckich: krakowskiego, warszawskiego, gdańskiego i Górnego Śląska. Wędrował też w „cieniu” naszej grupy nieznany samotny turysta (jak się potem okazało – Joachim Krell - Niemiec z Berlina Wschodniego, który z czasem stał się jednym z nas i jest w naszej grupie do dnia dzisiejszego).
Jesienią 1968 roku, na Nocnym Rajdzie w Gorcach (organizowanym przez AGH w Krakowie ) spotkaliśmy się z Ryśkiem Kucyperą i Grupą „Pawiany” z tej uczelni. Oni (bo to były same „chłopy”) już wtedy skończyli studia, ale jak śpiewali!… To stamtąd od nich przywieźliśmy piosenki: czardasza „Dwóch cudownych Twoich oczu” i „Co z Wami stało się chłopaki”. Pamiętam, że pomimo początku listopada, pogoda nam sprzyjała. Było ciepło i słonecznie, a w nocy drogę oświetlał nam księżyc w pełni i nawet po pewnym ognisku, miast zejść na nocleg, powędrowaliśmy dalej. Byliśmy bowiem grupą wielce niesubordynowaną ku nieszczęściu kierownika trasy Staszka Wnęka. Mogliśmy śpiewać przy ognisku do rana, potem trudno było nam się zebrać do wyjścia.
Potem była III i ostatnia dla naszej grupy Giełda. Zaśpiewał z nami Jurek z Politechniki Wrocławskiej i moja siostra Ania. Zjechaliśmy się będąc już w większości po roku pracy… Nagrodzono nas wtedy za całokształt… nie przedstawiliśmy bowiem nic nowego. A za piosenkę Piotra „Pożegnanie gór” dostaliśmy wyróżnienie.
I tak już zostało. Życie potoczyło się dalej. Losy rozrzuciły nas po całej Polsce, a niektórych przyjaciół naszej grupy – Aśkę Zaruską, Bolka Hawrylewicza, Zośkę Jarząbek, Pawła Jankowskiego oraz Mariana Matulewicza - rzuciły za granicę. Pozakładaliśmy rodziny i tak w naturalny sposób Sztamajza powiększyła się o Gosię Rojek, Irenę Warcholak, Krystynę Rusek, Anię Siębab, śp. Ulę Szobek, Zosię Matulewicz, Maćka Soboka i „Tomka” Tomkiewicza…
I nagle w 1986 r. przyszło zaproszenie od Ryśka i Ani Jakubowskich z Wrocławia, by znów zacząć spotykać się latem, tym razem całymi rodzinami, nie na Giełdzie Piosenki, a w wioseczce RUDKA na kielecczyźnie (tu Rysiek dzieckiem będąc, spędzał wakacje u babci i dziadka).
Cóż to była za radość! Znów byliśmy, jak dawniej razem, były namioty i ognisko i śpiew… O przemijającym czasie świadczyła tylko obecność naszych dzieci. Postanowiliśmy te spotkania w Rudce kontynuować w następnych latach.
I znów wśród nas byli: Lusia i Jasiek Twardochowie, Romek i Celina Ramutowie, Gabrysia i Andrzej Jońcowie, Ula i Marian Konoblochowie, brat Mariana Wojtek, Celina i Marek Konieczni, Irena i Stefan Twardochowie, Ula Gniełka, Andrzej Kajetan Kowalski - ze Śląska, Irena i Andrzej Stankowie, Lena Jaślan, Basia i Jacek Kucińscy, Andrzej Chrobak, Wojtek i Ela Wiatrowie, Zbyszek i Ewa Mąkowscy, Tereska i Staszek Marszałkowie, mój brat cioteczny Norbert Łukomski - z Warszawy, Basia i Witek Rostworowscy, Maryla i Staszek Wnękowie, Wika i Staszek Klimowscy z Krakowa, Marysia i Tolek Midziakowie - z Jawora, Zosia Soliwodzka z Gdańska, Joachim i Irina Krell z Berlina, Celina Musiał i Ania Kwolek z Zielonej Góry, Krystyna i Józek Szwecowie z Tarnowa, Ela Żołnierz, moja druga siostra Elżunia Jaszczyńska, mój brat Antek z żoną Joanną Jaszczyńscy, Alicja, Jola i śp. Józek Pac-Pomarnaccy, Grażyna i śp. Jurek Szczepaniakowie, (a od paru lat) Piotrek i Jola Karpińscy, Dorotka i Sławek Wilińscy, Maryla Gołaszewska, Krystyna Musialik-Sołtysik, Jadzia Bałdyk - z Wrocławia, oraz Tereska i Marek Przybyłowie (wakacyjni mieszkańcy Rudki) - z Warszawy.
Gdy tylko jest możliwe, to spotykamy się, aby razem tak jak dawniej powędrować, popływać na kajakach, pożeglować, pobiegać czy pozjeżdżać na nartach i pośpiewać. Nasza grupa rozrosła się. Nowi ludzie przywożą z sobą nowych. I nie chodzi tu tylko o śpiewanie, ile o przebywanie razem. I tak trwamy…
Połączyły nas GÓRY, WSPÓLNE ŚPIEWANIE I WĘDROWANIE oraz PRAWDZIWA PRZYJAŹŃ, która mimo upływu lat i rozłąki trwa. Z niektórymi straciliśmy wszelki kontakt, ale są Oni nadal w naszej pamięci i sercach.
A sztamajzowe dzieci nie wyobrażają sobie wakacji, czy urlopu bez (nawet bardzo krótkiego) pobytu w Rudce. Przyjeżdżają tu ze swoimi dziećmi.
Muszę przyznać, że udział w 40 Ogólnopolskiej Turystycznej Giełdzie Piosenki Studenckiej w Szklarskiej Porębie w 2007 roku, był dla śpiewającej części naszej grupy pięknym i niezapomnianym przeżyciem. Nie potrzebowaliśmy do występu specjalnej aparatury. Zawsze tak było. Wystarczyło ognisko.
Jestem wdzięczna organizatorom Giełdy, że pamiętają o Łosiach i za zaproszenie, które mnie w ostatniej chwili zmobilizowało do wzięcia udziału w Jubileuszu, a razem ze mną całą naszą grupę.
Myślę, że można uznać, iż obecna „Sztamajza”, to określony styl bycia i życia. To wartości i zasady oparte na Dziesięciu Przykazaniach i serdeczne otwarcie na drugiego człowieka…
Pozdrawiam - Lilka, 21 maja 2008

zdjęcie prasowe z II Giełdy (1969)


II Giełda (1969)
POŻEGNANIE GÓR
muzyka: rosyjska pieśń ludowa z XIX lub początku XX wieku pt. „Czeriomucha” (Czeremcha)
słowa polskie: Piotr Warcholak
(wersja sprawdzona i autoryzowana)
Słońca dysk zaginął już w konarach
Na polanę spłynął szary mrok
Smętnie zadzwoniła gdzieś gitara
W ciemnej ciszy czyjś zamiera krok
Smętnie zadzwoniła gdzieś gitara
W ciemnej ciszy czyjś zamiera krok.
Przy ognisku wędrowców gromada,
W blasku iskier zamarł cieni krąg
Wysłuchując struny opowiadań
Zasłyszanych gdzieś daleko stąd.
Pięciolinią, wyznaczonym szlakiem
Błądzi zapomniany niemy cień
A w swych troskach smętnie zadumany
Żegna świątek odchodzący dzień.
Znika w dali kalejdoskop twarzy
Zgasłych ognisk dym już sięga chmur
Pomyśl ile niespełnionych marzeń
Łączy z sobą pożegnanie gór.
Już nie znikną góry z twoich wspomnień
Oczy ikon, nieprzebyty szlak
Szumu jodeł nie da się zapomnieć
Będziesz do nich wracał w swoich snach
akompaniament gitarowy
metrum 2/4
a d a a
d G7 C C
d G7 a a
d E7 a a
d G7 C a
d E7 a a
pierwowzór rosyjski
черемуха
Под окном черемуха колышется,
Распуская лепестки свои.
За рекой знакомый голос слышится,
И поют всю ночь там соловьи.
Сердце девушки забилось радостно...
Как тепло, как хорошо в саду!..
Жди меня, мой радостный, мой сладостный,
Я в заветный час к тебе приду.
Ой, зачем тобою сердце вынуто?
Для кого теперь твой блещет взгляд?
Мне не жаль, что я тобой покинута, -
Жаль, что люди много говорят.
Прямо к речке тропочка проложена.
Спит мальчонка - он не виноват.
Я не буду плакать и печалиться,
Не вернется прошлое назад.
Под окном черемуха колышется,
Осыпая лепестки свои.
За рекой уж голоса не слышатся,
Не поют там больше соловьи...
ZDJĘCIA Z WYSTĘPU "SZTAMAJZY" NA 40 GIEŁDZIE PIOSENKI W SZKLARSKIEJ PORĘBIE W 2007 ROKU
foto Piotr Bakal

| Strona główna / index | SLM "BALLADA" | ARTYŚCI | WYDARZENIA | OPPA |